Wiem, czym łupież nie jest. Nie jest śniegową chmurką pokruszoną na płatki ani aksamitnymi drobinkami upuszczanymi przez jabłoń początkiem maja. Nie jest też lukrem i nie jest mydlanymi płatkami. Nie ma nóżek i rączek, nie widzi, nie słyszy. Nie jest wolny od siły grawitacji. Na łupież nie ma zwolnienia od pracy i specjalnego dodatku. Nie jest przez nas mile widziany i nie życzymy mu dobrze. Nie wiadomo po co jest i skąd tak się nazywa. A potrafi nazywać się ładnie, na przykład „łupież różowy Gilberta”, albo „łupież pstry”. Bywa zwykły i drobny, chudy i tłusty, biały, szary, transparentny, tak wieloraki, że można byłoby napisać o nim wiersz. A później taki wiersz zapisać farbką na chodniku, by zwykły przechodzień mógł przystanąć i przeczytać, na przykład „O łupieżu, daj se dżezu”, albo „Masz łupież? Głowę upierz”. Ot, taka uliczna multipoezja. W tym roku na płytach widnieje strofa „Ten wiersz jest stary, a kobiety młode. Prawdziwa poezja na każdą pogodę”. Nie widziałam dotąd żadnego obrazu, który traktowałby na temat łupieżu i nie słyszałam słów piosenki.